U Caronga przygotowano nam obszerny pokój, urządzony w europejskim stylu. Był tam stół i fotele, łóżka i piękne dywany, a tuz obok pokoju małe oddzielne pomieszczenie do mycia. Znaleźliśmy jeszcze coś, czego nam dotąd tak bardzo brakowało: zamykaną toaletę. Ta sprawa to bardzo przykry problem w całym Tybecie – pod tym względem panuje całkowita swoboda i nikt się tu nie krępuje. Przy ścianie domu stał niewysoki murek z kilkoma schodkami, na nim platforma, kilka otworów, w dole dziura wykopana w ziemi – to szczyt komfortu. A i takie urządzenia spotyka się nieczęsto. Rankiem poszliśmy do kuchni po ciepłą wodę do mycia. Było to olbrzymie pomieszczenie na zewnątrz budynku, wsparte na słupach. Podłogę tworzyło zwykłe klepisko, a pośrodku stał wielki gliniany piec, dostępny ze wszystkich stron, w którym bez przerwy, w dzień i w nocy, płonął ogień podsycany przez służącego. Gdy nadchodził czas gotowania, mężczyzna uruchamiał olbrzymi miech i na palenisku wybuchały iskry, jak w kuźni. Trzeba pamiętać, że Lhasa leży na wysokości 3700 m i przy mniejszej ilości tlenu do rozpalenia nawozu jaków, który służy tu za opał, oraz do podtrzymania płomienia niezbędne są dodatkowe środki.