przy pierwszym spotkaniu mogliśmy podziwiać jego wiedzę i wielostronność zainteresowań. W tym okresie pasjonował się fotografią i zdjęcia robił naprawdę niezłe. Pewnego wieczoru zaskoczył nas, pokazując własnoręcznie nakręcony kolorowy film. Brzęczenie projektora, kolorowe obrazy wciąż przecież nie znanego nam świata stwarzały złudzenie, że siedzimy w kinie „Urania” w Wiedniu! Czar prysnął, gdy nagle zabrakło prądu. Słaby silniczek miał swoje humory i trzeba było uruchamiać go ciągle od nowa. Taka to była drobna różnica! Naszą jedyną wieczorną rozrywkę stanowiły zaproszenia do Caronga oraz książki wypożyczane od niego i z Misji Brytyjskiej. W Lhasie nie ma ani kina, ani teatru, nie mówiąc już o lokalach, i całe życie towarzyskie odbywa się w prywatnych domach. Dni spędzaliśmy na nieustannych zabiegach, by nie uronić ani jednego wrażenia, nie przeoczyć żadnej ciekawej rzeczy. Wciąż tkwił w nas lęk, że nie zdążymy wszystkiego poznać, zanim pewnego pięknego dnia wydalą nas z tego kraju. Wprawdzie nasze obawy nie wynikały z jakichś bezpośrednich powodów, ale jednak nie ufaliśmy przesadnie ugrzecznionym słówkom i uprzejmościom. Czy to przypadkowo słyszeliśmy już tyle razy historię o angielskim nauczycielu? Rząd tybetański zwrócił się do niego z prośbą o założenie w Lhasie szkoły na wzór europejski, proponując mu wieloletni kontrakt. Po sześciu miesiącach musiał pakować walizki, bo przeciwni temu projektowi mnisi potrafili obrzydzić mu skutecznie Tybet.