Regularnie każdego dnia składaliśmy wizyty i rewizyty, bo wciąż nas zapraszano, i dzięki temu zdołaliśmy już nieźle poznać życie rodzinne wyższych sfer. Myśląc o naszych europejskich miastach, zazdrościliśmy mieszkańcom Lhasy przede wszystkim jednej rzeczy: oni zawsze mieli czas! Nieustanny pośpiech – najcięższa choroba naszego wieku – jeszcze do Tybetu nie dotarł. Tutaj nikt się nie przepracowuje. W urzędach wszystko odbywa się spokojniutko, bez pośpiechu. Urzędnicy pojawiają się tuż przed południem i wczesnym popołudniem udają się z powrotem do domów. Gdy któremuś przeszkodzą goście, wysyła po prostu służącego do kolegi i prosi o zastępstwo. Kobiety nie słyszały jeszcze o równouprawnieniu i odniosłem wrażenie, że wcale im to nie przeszkadza. Długie godziny spędzają na robieniu makijażu, nawlekaniu pereł, wybierają materiały i wymyślają, w jaki sposób na najbliższym przyjęciu przyćmić panią Takątoataką. W domu nie kiwną nawet palcem, ale jako symbol swej władzy trzymają zawsze w ręce pęk kluczy. W Lhasie najmniejszą szufladę zamyka się na sto zamków. Nadto istnieje jeszcze gra madżong, rodzaj chińskiego domina, którą przez długi czas pasjonowała się cała Lhasa. Grało się w nią dnie i noce zapominając o bożym świecie, obowiązkach urzędowych, o domu i rodzinie. Stawki były bardzo wysokie.