Nawet służba grała potajemnie, przegrywając często w kilka godzin oszczędności całego roku. W końcu rząd powiedział dość! Oficjalnie zabroniono gry, skupując równocześnie wszystkie pionki, a na grających ukradkiem przeklętych grzeszników nałożono wysokie kary pieniężne i przymusowo kierowano ich do pracy. Im wyższa ranga grzesznika, tym surowsza kara. I to poskutkowało – choć doprawdy, nigdy bym nie uwierzył w skuteczność takich metod. Lhasa długo jeszcze wzdychała i nosiła żałobę po tej grze, ale zakazu przestrzegała. Potęga władzy jest nieograniczona – powoli, coraz wyraźniej wszyscy zaczęli dostrzegać zaniedbania powodowane namiętnością do gry. A w soboty – dni w Tybecie wolne od pracy – znalazły się inne rozrywki, gra w szachy lub halmę, opowiadanie niewinnych dowcipów, gra słów i rozwiązywanie zagadek. Oczywiście nie zaznałbym spokoju, gdybym nie poznał gry madżong. I zrozumiałem jak łatwo mogła przerodzić się w pasję. Rzecz jasna nie dałem się wciągnąć, zagrałem tylko od czasu do czasu, przy szczególnej okazji, w święta i zawsze w znamienitym towarzystwie. Jakaż była nasza radość, gdy pewnego dnia spotkaliśmy starego znajomego – żołnierza z Szangce, który eskortował nas kiedyś do granicy indyjskiej i opowiadał nam tyle o Lhasie. Był on najsympatyczniejszym strażnikiem, z jakim mieliśmy do czynienia. Wtedy na pożegnanie zawołał jeszcze: do zobaczenia w Lhasie! I rzeczywiście tak się stało!