Spotkaliśmy go w herbaciarni, gdzie często kupowaliśmy chleb i pieczywo. Opowiedział nam, że teraz jest rządowym gońcem i wiele o nas słyszał. Jako zwykły żołnierz, nie odważyłby się odwiedzić nas w domu ministra Caronga. Tak więc po dwóch latach jego deportowani dotarli jednak do Świętego Miasta! Zaprosiliśmy go na herbatę i ciasto, a właściciel herbaciarni, tłusty muzułmanin, czuł się bardzo zaszczycony naszą obecnością w jego lokalu. Usługiwał nam osobiście, posługując się przy tym angielskim lub raczej czymś, co sam przez to rozumiał. Z dumą wyznał nam, że pochodzi z Kaszgaru, gdzie służył w wytwornym angielskim domu i stamtąd wyniósł swój kulinarny kunszt. Jego wyroby chwaliła cała Lhasa, ale nam za bardzo pachniały one zjełczałym masłem. Tybetańczycy tłumnie robili u niego zakupy i zarabiał naprawdę świetnie. Jak przystało na pobożnego muzułmanina, wraz z całą rodziną kilkakrotnie odbył pielgrzymkę do Mekki i Medyny. Fakt, że za pieniądze mieszkańców tego świętego miasta wyznawca innej religii mógł odbywać pielgrzymki do swoich świętych miejsc, wydaje mi się w najwyższym stopniu godny podkreślenia! 16 lutego 1946 mijał miesiąc naszego pobytu w Lhasie. Nasze losy wciąż się ważyły; nie mieliśmy pracy i przyszłość bardzo nas martwiła.