Właśnie tego dnia odwiedził nas Kapszöpa. Przybył oficjalnie, jako wysłannik Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zobaczywszy jego minę od razu wiedzieliśmy, co się święci. Co prawda nie wykluczaliśmy takiego obrotu sprawy, a jednak ta wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba: rząd nie wyrażał zgody na nasz dalszy pobyt w Tybecie i natychmiast miano nas odesłać do Indii. Często wyobrażaliśmy sobie tę sytuację, ale teraz fakty wytrąciły nas kompletnie z równowagi. Nasze głośne protesty Kapszöpa skwitował wzruszeniem ramion oznajmiając, że musimy zwrócić się z tym do wyższych władz. Naszą następną reakcją na tę smutną wiadomość było gorączkowe poszukiwanie map Tybetu Wschodniego, jakie tylko były do dostania w Lhasie. Wściekli zasiedliśmy wieczorem do studiowania tras i układania planów. Jedno było pewne – za żadną cenę nie wrócimy za druty. Lepiej znowu uciekać i spróbować szczęścia w Chinach! Ta myśl nieco nas uspokoiła. Posiadaliśmy trochę pieniędzy, niezłe wyposażenie i w każdej chwili mogliśmy zakupić żywność. Tylko ten mój iszias! Ból dawał mi się stale we znaki i nie ustępował mimo pigułek i zastrzyków, które załatwił mi Aufschnaiter od lekarza Misji Brytyjskiej. Byłem bliski rozpaczy, czyżby ten głupi iszias miał wszystko udaremnić?